Moja dziergalnia prężnie działa. Nie mam czasu na lenistwo. Ja dziewiarka dłubię na drutach i wieczorami biegam. Tak bieganie trwa nadal i jestem w szoku, że jeszcze się nie poddałam. Coraz więcej widzę w bieganiu przyjemności, czyli jest dobrze. Ktoś by pomyślał, że zrzucę zbędne sadło i się odmienię. Nic z tych rzeczy, bo nie wyobrażam sobie kawki bez herbatnika. Albo żeby nie zjeść ruskich pierogów. Teraz jest tak, że bieganie (mam nadzieję) zrównoważy moją miłość do szamania.
Ale wracając do dziergadeł, to wydrutowałam dla siebie chuścinę
w kolorach szaro - różowo -stalowo -fioletowych. Prawdziwy misz-masz. Wykonałam ją z włóczki Katia ze 100% wełny. Zaskoczona byłam, że jest milusia i nie gryzie. Pan który sprzedał mi ową włóczkę wyjaśnił dlaczego tak jest.
A zatem: włóczka wykonana ze starych baranów jest szorstka
i gryzie, zaś wykonana z młodych owieczek jest miła i nie drapiąca. Morał z tego taki, że stare barany drapią, ale dobrze grzeją. Czy można tę tezę przełożyć na życie? Hmmm niech pomyślę...
A to moja chusa, taka akurat.
Obecnie dziergam sweterek dla małego przystojniaka. Bardzo przyjemnie się robi. Kolor początkowo wydawał mi się ciut za ciemny, ale gdy powstają kolejne warkocze, uważam, że ten ciemny niebieściuchny jest trafiony.
Tradycyjnie mój aparat nie podołał i i zdjęcie wyszło jak zawsze przejaskrawione i ciemne. W rzeczywistości kolor jest łagodniejszy i "na żywo" robi wrażenie.
W poczekalni czeka chusta, którą jakiś czas temu zaczęłam i wrócę do niej jak uporam się z niebieskim warkoczowym...
Pozdrawiam i miłego weekendowania