piątek, 10 stycznia 2020

Cześć kochani

Dziś będzie krótko i zwięzłowato. Przedstawiam Wam sweterek, który wydziergałam dla mojego syna. Zgodnie z zamówieniem, sweter miał być lejbowaty, udawać byle jaki i genetalnie taki zwykły zwyklak. Jedynym "szaleństwem" tego swetra są szwy wykonane na prawej stronie. Nawet dekolt nie ma ściągacza. Mam nadzieję, że jest wystarczająco byle jaki :)

No i jest!

taaa daaam:







Wydziergałam też coś dla domu :)


lampion powstał z bawełnianego sznurka
(+ słoik po ogórkach)


podkładki pod kubeczki powstały z jutowego sznurka 


Pozdrawiam
Jola






sobota, 7 grudnia 2019

jest
wraca
cichutko i podświadomie wkrada się do mojej głowy, serca ...           i dłoni.
Wena twórcza, moja pasja ukochana opuściła mnie na kilka miesięcy. Mam nadzieję, że już nigdy tak się nie stanie. Czułam jak prawdziwe są słowa, że "człowiek bez pasji nudzi swoją duszę". Ku mojej uciesze znów w głowie przerabiam oczka, wszędzie widzę inspirację i nie zasnę jak nie przerobię przed snem chociaż jednego rządka. Wolę nie zjeść, nie kupić nowych butów i wydać zaskórniaki na włóczkę.  Mój kręcioł, mój dziewiarski bzik w głowie znów się kręci.  Czuję, to co kiedyś - radochę z pasji. Głowę pełną mam pomysłów i uwierzcie mi, że jak się bardzo chce, to doba potrafi być z gumy, a niemożliwe staje się możliwe. Gdzieś między rodziną, pracą, szkołą i całą masą innych obowiązków jest czas na moje ukochane dziewiarstwo.  
Tyle wstępu, bo na tapecie dzisiaj mam cudny miodowy kapturek. Powstał z połączenia dwóch włóczek; wełniano-akrylowej i moherowej. Wydziergałam go na pewną bardzo sympatyczną głowę. Gotowy udzierg przerósł moje oczekiwania, fajnie wyszło. 
Przy robieniu zdjęć nie mogłam posiłkować się żywym ludziem dlatego foty zrobiłam na plaskacza.








A na koniec wrzucam taką fajną czapesię, chyba z alpaki.




Pozdrawiam

Jola





wtorek, 6 sierpnia 2019

Witajcie

muszę się Wam przyznać, że mam obecnie antydziergalniczy życiowy etap. Od czerwca nie przerobiłam ani jednego malusieńkiego oczka. Dziś dosłownie zmusiłam się by cyknąć fotkę bluzeczce, którą wydziergałam na urlopie. Niestety słoneczko wali prosto w mój balkon i smartfonowy aparat zwariował. Więc piękny miętowy kolor udziergu diabli wzięli.  
Przymknijcie jedno oczko i nie doszukujcie się amatorszczyzny w moim fotografowaniu hy hy.

Pewna psiapsiuła od dziergania, rzekła mi dziś, że potrzebuję impulsu i dziewiarskie szaleństwo wróci. Szukałam tego impulsu. Zaczęłam przeglądać włóczkowe zapasy. Pomiziałam wełenkę zakupioną na zimowe czapki - NIC - zero impulsu. Przejrzałam bawełnę z której planuję wydziergać biało-szare dodatki do pokoju - NIC - impuls nie nadszedł. Mój dziewiarski marazm trwa :(
Słodko marnuję czas i czytam, czytam, czytam...


Poniżej fotki szydełkowej bluzeczki w rozmiarze 40 
(jak by kto kciał)



tak prezentuje się na wieszaku w moim balkonowym atelier



tak prezentuje się na ludziu


a tak wygląda tył  - aparat ukradł kolor



Pozdrawiam i życzcie mi powrotu weny twórczej,
sama sobie też życzę :)

 PA Jola








poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Wytargałam z dna szafy dziergadło, które czekało na swój the end. 
Oczywiście ja, jak to ja, wzięłam się za niego w największym natłoku obowiązków. Posłużył mi do zachowania psychicznej równowagi. Głowa ma wypchana aktywami, pasywami, kosztami, przychodami i obrotem materiałowym, baaaardzo potrzebowała przewietrzenia szarych komórek. I tak oczko, po oczku w kąciku przy nocnej lampce skończyłam.
Wiele razy słyszałam stwierdzenie; że jak to jest możliwe; że ja energiczna, rozhasana,  rozgadana  i roztrzepana (czytaj: z motorkiem w dupie) - potrafię w ciszy i spokoju machać szydłem. Sama nie wiem jak, to się dzieje, ale tak jest. Równowaga w przyrodzie musi być:). 

Korzystając wczoraj z obecności mojej siostry i syna, pognaliśmy na pierwszy lepszy trawniczek, aby obfocić moje rękodzieło. 
Robienie sobie zdjęć  wrrrrr NIE-LU-BIĘ. Jakoś to przeżyłam. 
Paparazzi nacykali  milion zdjęć z czego wybrałam kilka:



ostatnie siostrzane poprawki












Mokrego Dyngusa :)

pozdrawiam 
Jola


środa, 3 kwietnia 2019

Myślałam, myślałam i wymyśliłam.
Zrobiłam na szydełku bawełniany top.
Jest przewiewny, delikatny z regulowanymi ramiączkami.
Rozmiar ok. 40.

To gdzie, to lato? Hę?




Pozdrawiam

sobota, 23 marca 2019

Ostatnimi czasy w mojej dziergalni zdecydowanie króluje szydełko, druty poszły w odstawkę.  Mam głowę pełną pomysłów, a czasu jeszcze mniej niż kiedyś. Wymyśliłam sobie nowy kierunek w edukacji, więc weekendy spędzam na wykładach. Po ponad dwudziestu latach (od ostatniej szkolnej ławy) stwierdziłam, że nauka jest jakby przyjemniejsza. Kiedyś musiałam, teraz CHCĘ.  Chociaż gdy wieczorem po zajęciach padam na twarz i myślę sobie "po co mi, to było", to nie wyobrażam sobie zrezygnować z nowo obranej drogi. No i naukowo potwierdzam, że doba ma więcej niż 24 h.
Czas na dzierganie jeszcze bardziej się skurczył, ale nie ma rzeczy niemożliwych. I tak powstają kolejne łaszki, ciuszki i czapki. Czasami też zdążę zrobić zdjęcia. 

Szydełkowe chusty powstawały w różnych okolicznościach; najczęściej w wyrku (parę rządków przed snem), w poczekalni do alergologa i kiedy się tylko dało przycupnąć i dziabnąć kilka oczek. Wytrwałam i są trzy o tym samym wzorze (mega łatwy).

PS.
Na zdjęciach widać brak listewki (czytaj: dziura w płocie), podczas ostatnich wichur wiatr wyrwał ;)  Mały remoncik konieczny.



chusta ma kolor jasnego turkusu (aparat przekłamuje)






mega modny ostatnio kolor musztardowo - złoty
(zdjęcie ze strony Gałgankostwo Bogumiły Galeria Rękodzieła)




Lniany komplet w kolorze brudnego różu
(zdjęcie ze strony Gałgankostwo Bogumiły Galeria Rękodzieła)



Pozdrawiam
Jola






czwartek, 27 grudnia 2018

Bez zbędnego paplania przedstawiam Wam dwie chusty.













Życzę pomyślności w Nowym Roku,
spełnienia marzeń tych małych i tych dużych

pozdrawiam

Jola




sobota, 15 grudnia 2018

Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę nosić czapki. Ba nawet nie sądziłam, że je polubię. A już kompletną abstrakcją było to, że je sama sobie będę dziergać.
Kiedyś w moich szczenięcych latach noszenie czapki było "siarą". Zakładało się w domu i gdy tylko zniknęło z rodzicielskich oczu, czapka lądowała w plecaku. 
Ten kto dzierżył na łbie czapę był okrzyknięty maminsynkiem i generalnie "pękał przed starymi".
Czasy się zmieniły, człowiek podrósł i może trochę zmądrzał (w temacie czapki). Rynek zasypały naprawdę fajne czapki i zaczęło mnie kusić. Pierwsze podejścia były kiepskie. Wszystko było okej poza tym, że nic mnie tak pięknie nie ulizywało jak właśnie czapa. Włoski moje liche przyklapnięte do czaszki = masakra.
Pierwsze wydziergane przeze mnie czapki z różnych względów nie nadawały się do noszenia, ale teraz gdy wiem czego chcę, umiem wykonać i nawet mi wychodzi... w mojej czapkowej szufladzie powoli zaczyna brakować miejsca. 
Wczorajsze popołudnie spędziłam na szydełkowaniu czapki "smerfetki". Dziś towarzyszyła mi w drodze do pracy i została ochrzczona deszczem. 
Nigdy też nie przypuszczałam, że na temat czapki można się tak rozpisać i zbudować więcej niż jedno zdanie. Dla mnie był to zawsze krótki temat: never. Ech życie...


A poniżej moja smerfeta. Bardzo się lubimy :)





Pozdrawiam

Jola


poniedziałek, 12 listopada 2018

Czapkowanie jest iście wciągającym zajęciem. Zgodnie z logiką dziewiarki po wyprodukowaniu czapki (która jeszcze nie nazywa się nr.1) pod czupryną kiełkuje już drugi pomysł, a może w innym kolorze jeszcze jedną machnę... no i z dwóch czapek zrobiło się pięć. Wszystkie cudnej urody i wciąż mi mało, chcę jeszcze :)

Wiele razy w mojej głowie wypowiadałam przysięgę, że to już ostatnia chusta, ostatnia czapka, ostatni sweter, ostatni rząd, ostatnie oczko, to już naprawdę koniec, rzucam drutami i dla odmiany poczytam. Łypię okiem na zakupione ostatnio książkowe i miesięczne czytadła i w duchu przepraszam, że obrastają kurzem. Jednak z drugiej strony patrząc,  dobrze jest mieć w życiu pasję, takiego kręcioła, mieć swoje małe cele choćby właśnie skromna czapucha wyprodukowana własnymi rękami. 

Oj jak bym chciała mieć taką zajawkę np. do biegania yyyy ten, no właśnie.


Przedstawiam poniżej owe pięć czapeczek. 
Są do wzięcia, jak by kto kciał :)










Pozdrawiam

Jola







piątek, 2 listopada 2018

Czy zdarzyło się Wam o czymś zapomnieć?
Ale nie takie tam: nie kupiłam chleba.
Zapomnieć o czymś ważnym, o czymś co wiąże się z kimś ważnym.

A ja zapomniałam...

W sumie świat się nie zawalił, ale sama sobie nie mogę się nadziwić, jak mogłam zapomnieć o jednej z najważniejszych 
i najbliższych mi osób w dniu ich święta.
Na szczęście moja ukochana sistars (bo o niej mowa), nie czepia się szczegółów i przysłowiowo machnęła na to ręką. A dodam, że 
o zapomnianym święcie przypomniałam sobie jakiś miesiąc po fakcie (kurna). 

Czułam, że muszę się zrehabilitować. Muszę, bo inaczej się uduszę. 
Siostra specjalnie się nie wzbraniała, więc wybrała sobie włóczkę, 
a ja już zrobiłam co trzeba.

Wydziergałam komin z czapką. Będzie sistarsowi idealnie pasować do nowej kurtki :)







Siostro moja. Niech Ci to dziergadło służy. 

Chociaż zawsze mi powtarzasz, 
że jestem adoptowana, to wiesz, że Ajlowiu.



JOLA