Moja doba ma 25 godzin. Nie może być inaczej, bo jak wytłumaczyć to, że znalazłam przynajmniej godzinkę dziennie, by coś jeszcze poczytać. A lubię czytać. Czytanie wzbogaca duszę, porusza szarymi komórkami, które budzą się (przynajmniej
u mnie) i uruchamiają wyobraźnię. Tym razem nie jest to jakaś ambitna powieść, tylko krótkie ironiczne felietony. Typowy męski sposób postrzegania świata. A wszystko, to otoczone angielskim humorem.
Uwielbiam angielski humor. Ktoś kto nie przepada za tego typu żartami raczej nie polubi filmu pt. "Cztery wesela i pogrzeb"
w którym najbardziej rozśmieszyły mnie wznoszone toasty przy weselnym stole. Również uwielbiam rolę Spikiego w "Notting Hill" - zobaczcie scenę z majonezem.
Ale wracając do książki, to póki co czyta mi się ją dobrze. To komercyjne dzieło w błyskotliwy sposób ukazuje absurdy tego świata. Felietony są krótkie, więc mogę przeczytać kilka i nie martwię się, że muszę odłożyć książkę w najciekawszym momencie. Czyta się ją lekko i przyjemnie, przeplatając wybuchami śmiechu.
Pozdrawiam :)