Najzwyklejszy wypad na grzyby okazał się pięciogodzinnym spacerem po lesie. Teoretycznie powinniśmy być sfrustrowani, bo grzybów jak na lekarstwo, albo i mniej, a jednak nie czuliśmy niezadowolenia... Było dziwnie, tajemniczo, magicznie... krajobraz jak z baśniowego filmu. O godzinie siódmej rano, przy temperaturze trzynastu stopni otaczała nas zewsząd mgła. Z drzew kapały kople rosy, totalna cisza i my...
Cóż robić gdy jest świeżo po pełni i grzyby nie miały w planach trafić do naszego koszyka. Uzbrojona w wiklinowy kosz, mały nożyk i telefon, nastawiona na grzybobranie ... zaczęłam robić zdjęcia. Choć kompletnie nie znam się na fotografii, a telefon jak sama nazwa wskazuje służy do telefonowania, cykałam fotki (właśnie telefonem) by choć na jednym zdjęciu utrwalić ten magiczny sobotni poranek. Wiele razy jeździłam na grzyby, ale takiego lasu, w tej odsłonie jak dziś jeszcze nigdy nie widziałam. Wróciłam szczęśliwa, zmęczona z pajęczynami i rosą we włosach :)
(kliknij w zdjęcie)
Pozdrawiam
Jola