W moim dłubaniu na drutach przychodzi taki moment, że poprostu mi się przelewa. Mam dość. Gdy pomyślę o kolejnej chuście, dopadają mnie słabości i odczuwam silny chustowstręt. Wówczas przerzucam się na mniejsze, dziecięce i mega kolorowe łaszki. Taka terapia jest bardzo dobra, bo odreagowuję, a w efekcie końcowym widzę szczęśliwą buźkę dziecka. A dzieci są szczere mówią to co myślą. Poniżej modelka, która jest właścicielką wszystkich ciuszków dzierganych w trakcie mojego leczenia chustowstrętu. Najczęściej taki ciuszek "wychodzi" spontanicznie, już, natychmiast, teraz, bez chwili zwłoki. I powstaje małe coś. A małe jest piękne :)
Myślałam, że sweterek będzie na wyrost, a wyszedł na styk.
Zapomniałam, że dzieci rosną :)
Czapka jest git :)
Zdjęcia zrobione telefonem,
ale i tak wyraźnie widać te radosne oczęta.
Teraz mogę wrócić do chust.
Pozdrawiam
Jola

